kobieta z henną na dłoniach na placu w Marrakeszu

Jak znalazłam się w Maroku? Moja historia w dużym skrócie.

Co ma YSL do Blondynki w Maroku?

Poszłam do kina. Zwyczajnie. Nie do końca wiedząc, czego się spodziewać po filmie. “Yves Saint Laurent. Geniusz, który rzucił świat mody na kolana” to może nie był film bardzo dobry. Ale był to film, który bardzo wpłynął na moje życie. Tylko musiałam trochę poczekać. Poczekać 5 lat. 

W filmie zobaczyłam bohemę Marrakeszu. I zobaczyłam Ogród Majorelle. Wtedy w mojej głowie po raz pierwszy pojawiło się Maroko. I zaczęło kiełkować. Powoli. Czekając na swoją kolej. 

Wizyta w Maroku chodziła mi po głowie, właśnie odkąd zobaczyłam Ogród Majorelle w filmie o Yves Saint Laurent. Długo nie mogłam znaleźć towarzystwa na wyjazd, długo też nie wyobrażałam sobie, że pojadę tam sama. Tyle się naczytałam, jakie Maroko jest niebezpieczne, jak mnie okradną, oszukają… Temat został zepchnięty na dalszy plan. Gdy byłam na Teneryfie, myślałam o tym, jak blisko Maroka jestem. Jak tam jest, na lądzie. W innym świecie.

Drobiazgi zmieniają życie

Do Maroka pojechałam pierwszy raz w sierpniu 2019. Jak to się w końcu stało? Dramatyczna sytuacja w mojej rodzinie dała mi bardzo mocno do myślenia. Uświadomiłam sobie, że życie jest za krótkie, aby przeżyć je byle jak. Że nie wiem, ile mam czasu i nie mogę odkładać marzeń w nieskończoność. Pierwszy raz zrobiłam coś totalnie przeciwko wszystkim, egoistycznie, tylko dlatego, że ja tego chciałam. Początkowo liczyłam na babski wyjazd. Marzyłam o roześmianej ekipie pewnych siebie kobiet upajających się zapachem przypraw na ulicach Marrakeszu. Z planów nic nie wyszło. Obowiązki i życie rodzinne przyjaciółek wzięły górę. Szukałam nawet kobiet na grupach podróżniczych na FB. Bardzo chciałam zobaczyć Maroko w babskim towarzystwie. Nie udało się. Natomiast ja byłam naprawdę zdesperowana, żeby jechać. Czułam, że jeśli nie pojadę teraz, nie pojadę nigdy. Jednocześnie w głowie dudniły mi słowa mojej Mamy. Najcudowniejszej kobiety na świecie, za którą tęsknię każdego dnia. “Dziecko, żyj. Nie odkładaj życia na później.”

Z głośno bijącym sercem kupiłam bilety do Maroka. Dla siebie samej. Nie dowierzałam. Zrobiłam zrzut ekranu i zszokowana własną brawurą poszłam gotować obiad. 

Do wyjazdu miałam jeszcze prawie 4 miesiące.

Ale z kim ty tam pojedziesz?

Ostatecznie nie jechałam zupełnie sama. Na miejscu miał czekać na mnie znajomy Marokańczyk. Dla wielu osób było to jeszcze gorsze, niż gdybym miała pojechać w pojedynkę. No bo jak to, do obcego Araba. Chyba zwariowałam. Natomiast ja miałam wystarczająco dużo przesłanek, żeby wiedzieć, że przy nim mi nic nie grozi. Nie nastawiałam się na związek życia. Podchodziłam do niego z dystansem, zastanawiając się, czy w ogóle będziemy mieli o czym rozmawiać. Czy może na żywo nie okaże się idiotą. Albo będzie dłubał w zębach. No nie wiem. Cokolwiek mogło nas do siebie zniechęcić, jak to w życiu bywa. Nie z każdym klika.

A może to przeznaczenie?

Ale skąd jakiś Marokańczyk wziął się w moim życiu? Przez przypadek. Znowu miała w tym udział moja Mama. I to jej zawdzięczam nowe życie, mimo że to wszystko zadziało się poza jej i kogokolwiek świadomością. Od Mamy dostałam kubek z napisem: “We are born to be happy not to be perfect”. Ona wiedziała, co się ze mną dzieje. Jak dążę do wytyczonych celów, ignorując swoje dobro. Zdjęcie z kubkiem wstawiłam na instagram, a ono jakąś niezrozumiałą dla mnie ścieżką trafiło do niego. Marokańczyka, który ostatecznie zaoferował się, że odbierze mnie z lotniska. Po jakimś czasie na moim koncie wstawiłam zdjęcie kafelek przypominających marokańskie cementowe płytki. Mężczyzna zwany obecnie dla żartów Moroccan Prince zobaczył je, skomentował i zaczęliśmy rozmawiać o zellij – marokańskich, ręcznie robionych płytkach układanych w misterne wzory. Tak zaczęła się nasza znajomość.

Przez czas do mojego wyjazdu do Maroka utrzymywaliśmy kontakt, z mniejszą lub większą intensywnością. Mi dało to jakiś komfort, bo wiedziałam, że mimo samotnego wyjazdu, ktoś będzie tam na mnie czekał i mi pomoże.

Dlaczego Maroko?

Byłam w tamtym okresie w dramatycznym momencie życia. Walił się mój cały świat. Wszystko, co znałam i co dawało mi poczucie bezpieczeństwa, przestało istnieć. Wyjazd do Maroka jawił mi się jako możliwość odcięcia od brutalnej rzeczywistości. To miejsce wydawało mi się tak inne i egzotyczne, że miało pozwolić mi zdystansować się do tego, co działo się w moim życiu. I miałam rację. Tydzień w Maroku w sierpniu 2019 całkowicie zmienił moją perspektywę i ostatecznie uświadomił mi, że życie, którym żyję, nie jest moje i kompletnie do mnie nie pasuje.

Wracałam do Polski, płacząc, jak nigdy przedtem, bo wiedziałam, że muszę podjąć mnóstwo trudnych decyzji. Z jednej strony nie wyobrażałam sobie, zmienić wszystkiego, a z drugiej wiedziałam, że zawsze będę żałować, jeśli nie podejmę radykalnych kroków. Po pierwszym tygodniu w Maroku nic nie było już takie same.

Słońce świeci w oczy, głowa eksploduje od nadmiaru myśli

Uczucie, które towarzyszyło mi w poranek przed wylotem do Polski jest nie do wyrażenia słowami. Siedziałam w kawiarni na wprost medyny. Patrzyłam na czerwone mury okalające serce Marrakeszu. Obserwowałam budzące się miasto. Powoli zbierającego się do kolejnego dnia Marrakchi, sprzedającego owoce. Słońce dopiero zaczynało piec skórę. Kawa nss nss stygła w szklance. Z jednej strony czułam dojmujące przekonanie, że tu wrócę. Taką jasność myśli. Z drugiej byłam przerażona. Przerażona tym, jaki kaliber decyzji czeka na mnie w Polsce. 

Właśnie ten widok miałam przed oczami

Przechodziłam przez kontrolę bezpieczeństwa tak zaryczana, że pracownikom chyba zrobiło się mnie żal. Nawet marynarki mi nie kazali zdjąć. 

Po postawieniu stóp na płycie lotniska czekała mnie jeszcze noc w pociągu. Powoli się uspokajałam i szykowałam głowę na zmiany.  

No i stało się…

W dużym skrócie: zrezygnowałam z pracy w szkole, przeprowadziłam się do rodziców i całkowicie przeszłam na system pracy zdalnej. Od 6 lat zajmowałam się tworzeniem artykułów o odżywianiu ze względu na moje wykształcenie oraz miłość do pisania. Zawsze było to moje dodatkowe zajęcie, a chciałam z niego zrobić podstawową pracę. Chciałam pracować zdalnie, żeby móc latać do Maroka, kiedy będę miała ochotę, kiedy trafię tanie bilety. Tam czułam się prawdziwie wolna. Mój umysł w Maroku odpoczywał. Uczyłam się cierpliwości i akceptacji tego, co przynosi życie. Przestałam obsesyjnie planować i kontrolować. W końcu przestawałam mierzyć się z pytaniami o przyszłość, zarobki, dzieci… Czułam, że żyję. Wszystko było nowe, inne i tak fascynujące. 

Od jesieni 2019 dzieliłam życie między Polską a Marokiem. Trochę tu, trochę tu. W Maroku zwiedzałam, ale przede wszystkim uczyłam się tamtejszej mentalności, norm kulturowych, codzienności. Uczyłam się, jak radzić sobie samej na ulicach, z taksówkarzami, jak kupować na targu, żeby nie być traktowana jak turystka. Nie raz zaliczyłam wpadki. Najbardziej pamiętam truskawki, które kupiłam 3 razy drożej niż normalnie. Ale i tak do tej pory jestem z siebie dumna, bo był to mój pierwszy zakup dokonany w darijy i bez żadnej obstawy.

Na początku marca poleciałam do Maroka kolejny raz i znowu miał być to wyjazd na około miesiąc. Jak potoczyło się życie, każdy wie. Nastała pandemia, zamknięcie granic i panika. Absolutnie nie chciałam lecieć do Polski w takich okolicznościach. Tym bardziej, że nie musiałam i że dopiero co przyleciałam do Maroka. Z resztą i tak w maju chciałam przeprowadzić się na jakieś pół roku. Marzec? Maj? Co to za różnica. Wtedy myślałam już trochę jak Marokańczycy.

Kocham Maroko. Pokochałam Marokańczyka

Z czasem też moja relacja zmieniła się z przyjacielskiej w partnerską. Ciężko mi powiedzieć, kiedy zostaliśmy parą tak naprawdę. Może był to styczeń… Pamiętam uczucia, które towarzyszyły tej przemianie i dojrzewaniu relacji, ale nie umiem jej ubrać w ramy czasowe. Chyba za dużo wtedy się działo w moim życiu. Gdyby nie to, w jakim kierunku poszła nasza relacja, pewnie nie zdecydowałabym się na przeprowadzkę na dłużej. Chociaż… sama nie wiem. To pragnienie było bardzo silne. Bardzo chciałam tego innego życia.

I oto jestem. Czekam na załatwienie ważnych spraw rodzinnych, które trzymają mnie w Polsce. Czekam na powrót oddechu. Na zapach kuminu. Na kawę w Bab lkamis. 

Mam dwa domy. Jestem cyganką. Gypsy spirit rzuca mnie między Polska a Marokiem. Mój Tata powiedział:

“Biegniesz za słońcem. Szukasz lata w głowie i w sercu. Tylko zmieniasz kontynenty.”

Nie robię planów. Yallah w Inchallah. Biorę, co przyniesie życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top
error: Nie kopiuj mojej pracy, dziękuję.