PodróżeMarrakesz

Marrakesz. Bezpieczeństwo i komfort turysty.

Czy turysta w Marrakeszu jest bezpieczny? Na jakie zachowania miejscowych musi być gotowy? Polecam, czego unikać i na co uważać, aby w pełni cieszyć się z wizyty w Marrakeszu.

Sama mam ogromny sentyment do Marrakeszu i polecam każdemu go odwiedzić, bo jest po prostu niesamowity. Wiele ważnych rzeczy w moim życiu wydarzyło się właśnie tam. Wiele mam pięknych wspomnień. Zawsze czułam się tam dobrze i bezpiecznie mimo natrętów i naciągaczy na Jemaa el Fna. Po prostu trzeba wiedzieć, z czym Marrakesz się je i jak zbudować swoje poczucie bezpieczeństwa w tym szalonym mieście. Jednak podczas jednej z moich wizyt wydarzyły się rzeczy, które sprawiły, że moje poczucie bezpieczeństwa zostało w Marrakeszu zaburzone.

Dlatego powstał ten wpis – abyś wiedziałx, czego się spodziewać i nie dałx sobie zepsuć wakacji w Marrakeszu.

Marrakesz. Ile prawdy pokazuje Instagram?

Marrakesz jest niesamowicie popularną lokalizacją. Łatwo tam dotrzeć. Jest jak plan zdjęciowy. Instagram kipi rolkami z riadów i pałaców. Kadrami lejącej się z góry herbaty. Powiewającymi sukienkami i stopami stawianymi na zellij. Sama robię takie kadry, bo w Marrakeszu tak jest. To nie wymysł. Ale na Instagramie nie widać tego, z czym się trzeba mierzyć, aby te kadry zrobić.

koutubia marrakesz

Czy Marrakesz jest bezpieczny dla turystów?

I tak, i nie. Powiedziałabym, że Marrakesz jest bezpieczny, dopóki nie stanie się niebezpieczny. Co to znaczy? Marrakesz ściąga masy ludzi, zdesperowanych ludzi, którzy próbują zarobić w każdy możliwy sposób, a turysta jest łatwym obiektem. W Marakeszu dużo łatwiej o sytuacje nieprzyjemne i niebezpieczne niż w pozostałych ośrodkach turystycznych Maroka. Marrakesz jest hiperbolą. Wymaga uważności i spokoju.
To nie miejsce, w którym można wyłączyć czujność, ale też nie takie, w którym trzeba chodzić z duszą na ramieniu.
Marrakesz działa na emocje. Jest głośny, bezpośredni, momentami męczący. Właśnie w tym tkwi jego energia i to trzeba po prostu przyjąć, żeby cieszyć się odkrywaniem miasta.

Bezwzględnie natomiast trzeba unikać sytuacji, w których:

a) ktoś próbuje cię gdzieś zaprowadzić lub nachalnie narzuca się z ofertą oprowadzania,
b) trafiasz w miejsce, gdzie nie ma żadnych innych turystów i czujesz się nieswojo,
c) wsiadasz do taksówki przed ustaleniem ceny za przejazd.

Marrakesz według Blondynki – moje odczucia jako turystki w Marrakeszu

W Marrakeszu byłam kilka razy i zawsze było to dobre doświadczenie. Separując moje osobiste historie, przeżycia i przemyślenia, było to dobre doświadczenie od strony turystycznej. Nigdy nie wydarzyło się nic, co drastycznie wpłynęłoby na moje samopoczucie i sposób spędzania czasu. Nie wiem, czy kiedyś w ogóle powiedziałam naprawdę złe słowo o Marrakeszu. Aż do teraz.

Zawsze mówię, że Marrakesz to nie jest dobre miasto na pierwszą wizytę w Maroku. Za duże, za głośne, za chaotyczne, zbyt ekspansywne, zbyt nastawione na wyzyskiwanie turystów. Poruszając się w turystycznym świecie Marrakeszu, ciężko jest naprawdę dotknąć specyfiki Maroka. I łatwo jest się zrazić. Ale jak już się co nieco wie o Maroku, coś się widziało, zobaczyło, jak ludzie żyją, Marrakesz może być naprawdę przepięknym, zachwycającym doświadczeniem. Ja zawsze tak podchodziłam do Marrakeszu. Wiedziałam, że na tym wszystkim, co widzę, jest turystyczna kalka, ale mimo wszystko było tam dla mnie tak wiele emocji, uniesień, piękna. Ja kocham miasta. Kocham energię miast. Ruch. Energia Marrakeszu ma w sobie coś magicznego. Ale Marrakesz ma swoją mroczną stronę i uważam, że trzeba o niej też mówić.

souk w marakeszu

Czego się spodziewać w Marrakeszu i jak sobie z tym radzić

W Marrakeszu wszystko dzieje się naraz.
Sprzedawcy zaczepiają Cię w medynie, motocykle przeciskają się wąskimi uliczkami, zielone światło nie znaczy wcale, że możesz przejść przez jezdnię, z minaretów płynie wezwanie do modlitwy, dziecko próbuje sprzedać ci różę… Marrakesz jest wyzwaniem.

Co trudnego/ niekomfortowego/ niebezpiecznego może spotkać cię w Marrakeszu?

Sprzedawcy zawyżający ceny

Ceny na turystycznych soukach w Marrakeszu są wywindowane zgodnie z tym, jak bardzo popularna jest to destynacja wśród turystów. Nic nowego, można powiedzieć. Każde popularne miejsce sprzedaje to samo drożej. W Maroku dodatkowym utrudnieniem przy zakupach jest brak cen na towarach na soukach, więc o cenę wszystkiego należy zapytać, a sprzedawca często nas „wycenia” przed podaniem ceny za towar.

Jak sobie z tym radzić:

Jeśli chcesz wiedzieć, jak kupować na soukach i jak się targować, przeczytaj mój wpis
👉 [14 najważniejszych souków Marrakeszu i co na nich znajdziesz]

Po ceny popularnych pamiątek, zajrzyj do artykułu
👉 [Co przywieźć z Maroka]

Taksówkarze – oszuści

Taksówkarze, którzy często nie włączają taksometrów i żądają chorych kwot za 5-minutowy przejazd są zmorą turystycznych miejscowości w Maroku, ale w Marrakeszu to zjawisko przyjmuje zupełnie inną skalę. Na szczęście powstał system KechCab, dzięki któremu wykupuje się przejazd taksówką z lotniska po ustalonej, zależnej od strefy, opłacie i nie ma już możliwości wzięcia niezarejestrowanego przejazdu taksówką z lotniska. Zakończyło to skutecznie proceder wyzyskiwania turystów i żądania opłat po 500-1000 dh za przejazd po mieście. Przynajmniej tu turysta ma spokój.

Na mieście jednak nie jest tak wygodnie. Można trafić na uczciwych taksówkarzy, a można też na takich jak my przy jednej z wizyt w Marrakeszu.

Z pamiętnika Blondynki w Maroku: Taksówkarze udający, że nie wiedzą, gdzie jest miejsce, o którym mówi mój mąż, naprawdę wspięli się na wyżyny. Złoty tekst naszego wyjazdu „To miejsce jest poza miastem, daleko. Obowiązuje taryfa 150 dh.” Gdzie w rzeczywistości do przejechania 2,5 km, a, jadąc w drugą stronę, za tą trasę Nouamane zapłacił… 7 dirhamów. Okej, mogę pójść 2,5 km na piechotę. Nic mi się nie stanie.

Jak sobie z tym radzić: Po pierwsze, zawsze ale to zawsze ustalaj cenę za przejazd, zanim wsiądziesz do taksówki. Prawie na pewno zapłacisz więcej niż miejscowi, ale w ten sposób możesz negocjować i proponować cenę, która tobie odpowiada. Jeśli pojedziesz i na końcu usłyszysz cenę z kosmosu, będzie już gorzej się z tej sytuacji wymiksować. Po drugie, sprawdzaj odległość do miejsca docelowego na mapach i przekalkuluj, ile mniej więcej powinieneś zapłacić. 3 km taksówką po mieście nie powinno kosztować więcej niż 10 dh.

Niechciany lub bylejaki malunek henną za ciężkie pieniądze

Hennistki na Jemaa el Fna, które po prostu łapią za ręce i zaczynają malować to niestety bardzo popularne turystyczne doświadczenie z Marrakeszu. Często taka henna, oprócz tego, że jest przepłacona, wygląda jak rysunek niewprawionej, dziecięcej ręki, a nie doświadczonej hinnayi. Jemaa el Fna nie jest najlepszym miejscem na zrobienie sobie henny.

Z pamiętnika Blondynki w Maroku: Mój pierwszy raz w Marrakeszu naznaczony był właśnie taką henną z nienacka. Kobieta złapała mnie za rękę, zaczęła zagadywać, że to na szczęście i nic za ten malunek nie chce. Machnęła mi kilka kresek, rzeczywiście nic nie zapłaciłam, ale jestem pewna, że to ze względu na obecność mojego marokańskiego męża. Kobieta poprosiła tylko, żebym przyszła do niej, jeśli wrócę po hennę. Tak też zrobiłam. Wybrałam wzór, byłam zadowolona z efektu. Z ceny mniej, zapłaciłam 200 dh za coś, co w lokalnym miejscu kosztowało wtedy 30 dh. Koleżanka opowiadała mi, że jedna z dziewczyn z jej grupy na wyjeździe prasowym usłyszała 500 dh(!) za hennę na Jemaa el Fna. To jest rozbój w biały dzień.

Jak sobie z tym radzić: Jeśli nie chcesz robić henny, stanowczo i grzecznie odmawiaj. La, shukran. Nie, dziękuję. Najlepiej w ogóle nie kręć się wokół parasoli hennistek. Jeśli zrobisz hennę i osoba malujaca będzie próbowała wymusić na tobie bardzo wysoką cenę, możesz postraszyć ją, że idziesz z tym na posterunek policji turystycznej. Znajduje się on na Placu i Policja naprawdę pomaga. Jeśli chcesz zrobić hennę, lepiej wybierz się do Henna Art Cafe. Dostaniesz tam wysokiej jakości malunek za uczciwą cenę.

Muzycy, którzy żądają pieniędzy za nagrywanie ich lub robienie im zdjęć

Muzycy, kuglarze, sprzedawcy wody w tradycyjnych strojach. Oni wszyscy zarabiają z tego, co „co łaska” do kapelusza wkładają turyści.

Jako że dla tych osób datki są jedyną formą zarobku, uważam, że jeśli przystaje się posłuchać czy popatrzeć, należy te kilka dirhamów zapłacić, z szacunku dla ich wysiłków i z empatii. Jeśli pomyśleć, że to próba związania końca z końcem, perspektywa się zmienia. Tym bardziej, jeśli nagrywasz i robisz zdjęcia, zostaw kilka monet.

Niestety w Marrakeszu powszechne jest „polowanie” na turystów, którzy robią zdjęcia, nawet z daleka i dosyć nachalne zmuszanie ich do zapłaty. Jest to nieprzyjemne doświadczenie, tym bardziej, jeśli rzeczywiście nie robisz zdjęcia konkretnej osobie, tylko fotografujesz plac, a ta osoba zwyczajnie znajduje się w kadrze (albo i nie, jedynie jej się tak wydaje).

Jak sobie z tym radzić: Miej przygotowane drobne, a jeśli nie chcesz płacić, nie rób zdjęć osobom i nie przystawaj przy pokazach.

Zaklinacze węży, mężczyźni z małpami

Zachęcają do przystanięcia i pooglądania, w domyśle za drobną opłatą. Są też tacy, którzy wpychają turystom zwierzęta na siłę i oczekują za to zapłaty. Lepiej omijać ich szerokim łukiem. Może w końcu znikną z placu, jeśli turyści przestaną okazywać trenowanym zwierzętom zainteresowanie.

medina marrakesz bezpieczeństwo

Sprzedawcy posiłków na Jemaa el Fna

Każdy ma prawo zachęcać do zjedzenia na swoim stoisku. Stoiska z jedzeniem wyrastają po zachodzie słońca na Jemaa el Fna jak grzyby po deszczu, więc konkurencja jest ogromna. Nie ma co się dziwić, że każdy chce zdobyć klienta. Czasem jednak pracownicy wręcz włażą ludziom pod nogi, machając menu przed oczami. Ani to przyjemne, ani, w moim odczuciu, zachęcające.

Jeśli chcesz zjeść n Jemaa el Fna, bądź gotowx na intensywne, głośne i pełne grillowego dymu doznanie.

Z pamiętnika Blondynki w Maroku: Na Jemaa el Fna jadłam tylko podczas mojej pierwszej wizyty w Marrakeszu. Mam bardzo mieszane uczucia z tej kolacji, bo o ile jedzenie było dobre, o tyle czułam się dosyć nieswojo. Cringe. Chyba tak bym to dziś nazwała. Na stoisku pracował jeden starszy mężczyzna i kilku młodszych. Gdy tylko turyści zbliżali się lub siadali na ławy, starszy podrywał tych młodszych do śpiewania i klaskania „Waka waka (This time for Africa) Shakiry. Mnie to w ogóle nie bawiło, śpiewających chłopaków z obojętnymi twarzami i rezygnacją w oczach – też nie. Bawiło niestety wielu przechodniów i zachęcało ich, żeby usiąść. Znalazłam się tam, bo nie miałam w sobie na tyle asertwności, żeby oddać menu włożone mi w ręce.

Ta sytuacja zawsze wywołuje we mnie te same, przykre myśli. Marrakesz jest obecnie taki, bo tego chcą turyści. Turyści reagują pozytywnie na piosenki o Afryce – proszę bardzo. Chcą jeść kebaby – spoko, zaczynamy robić kebaby. Lepiej sprzedają się podróbki z Chin niż ręcznie kute lampy – sprowadzamy podróbki z Chin.

Przepłacone i słabej jakości posiłki na Jemaa el Fna i w restauracjach wokół placu

Na Jemaa el Fna można zjeść bardzo dobrze, o ile wie się, dokąd iść. W przeciwnym wypadku jedzenie będzie raczej przeciętne i droższe niż poza typowo turystycznymi lokalizacjami.

Jak sobie z tym radzić: Rozglądaj się, gdzie jedzą miejscowi. To zawsze najlepsza wskazówka.

Podawanie „czekadełek” bez pytania i dodawanie ich do rachunku

Wchodzisz do restauracji, być może na taras z widokiem na Jemaa el Fna, być może na dziedziniec z filarami wyłożonymi mozaiką zellige ocieniony wielkimi liśćmi. Uśmiechnięty kelner przyjmuje zamówienie, a chwilę później stawia na stole miseczki z oliwkami, oliwą i chleb. Tyle porcji wszystkiego, ile gości. Myślisz, że miejsce jest takie gościnne i zadowolonx zaczynasz jeść. A gdy przychodzi do płacenia rachunku, okazuje się, że przystawki podane przed zamówieniem bez pytania, wcale nie są bezpłatnym czekadełkiem, tylko kolejną pozycją do zapłacenia. Niezbyt przyjemne zakończenie przyjemnego posiłku.

Z pamiętnika Blondynki w Maroku: Nam przydażyło się to w Restaurant Chegrouni. Nasi mężowie (byliśmy w dwie pary) po zerknięciu na rachunek sprzeciwili się płaceniu za przystawki, których nie zamówiliśmy. Kelner szybko załagodził sytuację, mówiąc, że chce, abyśmy byli zadowoleni, ale lekki niesmak pozostał. Bo ile osób nie zwróci uwagi na zawyżony rachunek lub po prostu nic nie powie? Jedzenie jednak było tam smaczne i w dobrej cenie. I widok niesamowity.

Jak sobie z tym radzić: Gdy kelner stawia na stole coś, czego nie zamówiłxś, zapytaj, czy to za darmo lub powiedz, że nie zamawiałxś i zobacz reakcję.

Catcalling i nagabywanie kobiet

W moim odczuciu trudno jest być kobietą z Europy samotnie poruszającą się po Marrakeszu, po Maroku w ogóle. Trudno w tym sensie, że trzeba przywyknąć do nadmiernej uwagi kierowanej w naszą stronę, spojrzeń, wołania – czasem miłego i z uśmiechem, czasem chamskiego. Jakie by nie było, zaczepianie przez obcych na ulicy na dłuższą metę jest męczące, przynajmniej dla mnie. Odkryty dekolt czy szorty mogą skończyć się również słownymi zaczepkami z seksualnym podtekstem. Dlatego w Maroku polecam nosić się trochę skromniej, dla własnego komfortu.

To nie tak, że każde wyjście z hotelu na pewno będzie związane z catcallingiem, jednak skala tego zjawiska była dla mnie na początku szokująca.

ulice mediny marrakeszu

Osoby żebrzące

Żebranie jest elementem rzeczywistości Maroka. To bardzo przykre, bo wiele osób po prostu nie ma innego wyjścia. Niektórzy czekają po prostu na drobne od przechodniów, inni, i jest to chyba nawet bardziej powszechne, sprzedają przeróżne rzeczy – chusteczki higieniczne, domowe ciasteczka, cukierki, gumę do żucia, kawę… To ich sposób na przetrwanie, dlatego zawsze staram się dawać kilka monet, kupić to ciastko i chusteczki, z empatią.

Są też tacy, którzy traktują turystów jak biały, chodzący bankomat, a co gorsza, wykorzystują do tego swoje dzieci. Wielokrotnie widziałam rodziców w cieniu palm wypychających dzieci, aby biegały do turystów, prosząc o pieniądze. W Marrakeszu spotkałam też osoby, które wręcz zrywały się i szły szybko w moją stronę, wołając, aby coś im dać.

Jak sobie z tym radzić: Nie wiem, czy można sobie poradzić z widokiem mamy i synka śpiących razem na ziemi pod Koutoubią przy swoich kilku towarach na sprzedaż. Ja sobie nie poradziłam i widzę ich przed oczami do dzisiaj, mimo że minęło kilka lat.

Gotówka to w Maroku główny środek płatniczy, więc zawsze mam ją przy sobie w małych nominałach i daję, ile mogę tym, od których czuję uczciwość. Datki to dla mnie część budżetu na wyjazd.

„Zamknięte” drogi w medinie i natarczywe próby prowadzenia na miejsce

W medinie Marrakeszu (ale nie tylko) kwitnie rodzaj biznesu, który polega na wmawianiu turystom, że droga, którą podążają, jest zamknięta, że to ślepy zaułek i przejścia nie ma. Ostrzegający twierdzą również, że w medinie GPS nie działa (czasem zawodzi, ale ogólnie działa) i chętnie nas zaprowadzą na miejsce. W Marrakeszu tych „przewodników” jest wszędzie pełno, im dalej od typowo turystycznych rejonów mediny, tym więcej. Jeśli by ich słuchać, okazałoby się, że w medinie Marrakeszu nie da się przejść absolutnie żadną ulicą. Chłopcy i mężczyźni, a czasem nawet dzieci, którzy próbują cię przekonać, aby iść za nimi, w najlepszym wypadku zarządają słonej zapłaty za swoją „usługę”.

Jak sobie z tym radzić: Nie słuchaj, nie reaguj, śmiało i pewnie podążaj przed siebie, nawet jeśli nie jesteś pewnx, dokąd dokładnie iść. Sprawdzaj mapy w telefonie, trzymając go blisko siebie i nie wymachując. NIGDY nie idź za kimś, kto sam proponuje ci zaprowadzenie na miejsce.

Poniżej opisuję, dosyć emocjonalnie, co spotkało w Marrakeszu mnie, będąc z mężem-Marokańczykiem oraz moją instagramową koleżankę podróżującą w grupie.

Kiedy w Marrakeszu robi się niebezpiecznie…

Przywykłam do tego, że w Marrakeszu przepłacam, że taksówkarze chcą na mnie zarobić, że ktoś za mną woła tak, że odpowiadam, czy matka go tego nauczyła… To jednak nic. Zdarzyło się bowiem, że obiektem zaczepek i prób oszustwa byłam nie tylko ja, ale też mój mąż. Marokańczyk z krwi i kości. Ale jednocześnie Marokańczyk-turysta. Marokańczyk z blondynką. Marokańczyk, który na pierwszy rzut oka może się wydać Hiszpanem. Wystarczy, żeby rzucać się jak hieny. W lokalnej części mediny czułam się jak łowne zwierzę. Jak ta gazela. Gdzie się nie pojawiłam, wywoływałam reakcję myśliwego.

„Ta droga jest zamknięta! Nie przejdziesz!”

W medinie czułam się po prostu źle. Bardzo źle. Czułam się osaczona. Nie jestem nawet w stanie policzyć, ile razy mężczyźni i chłopcy o mocno podejrzanych spojrzeniach próbowali nas zatrzymać, krzycząc, że ta droga jest zamknięta, że w medinie GPS nie działa, że nam nie wolno tam iść. Po angielsku, bo myśleli, że Nouamane to nie Marokańczyk. Czasem krótka odpowiedź w darijy z ust mojego męża to nadal było za mało. Pewnie myśleli, że obcokrajowiec nauczył się kilku słów. Dopiero jego ostra i stanowcza reakcja dawała nam spokój. Na chwilę, do kolejnego młodego mężczyzny, który liczył na łatwy zarobek.

Nie wiem, co było gorsze. Ci mężczyźni co chwilę, z uśmiechami na twarzy i złem w oczach, czy dzieci. Nawet 10-letni chłopcy krzyczeli „bracie, zamknięte, nie przejdziesz”. Duży udział w tym naprawdę hardkorowym doświadczeniu, które zburzyło moje poczucie bezpieczeństwa w Marrakeszu, miała lokalizacja naszego riadu w bardzo lokalnym miejscu. Wokół tylko zwyczajne domy i zwyczajne małe biznesy. Tam turysta się zwykle nie zapuszcza. Nie ma po co. Chyba że mu siadło na głowę i się zachwycił zdjęciami riadu. W takich miejscach łatwiej o złych ludzi i kryminalistów, którzy kompletnie nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem.

lokalny souk w marakeszu

W Maroku do niektórych miejsc się po prostu nie zagląda

Nouamane zawsze mi mówi, że w Maroku do niektórych miejsc się po prostu nie chodzi. Nie tylko jako turysta, ale też jako Marokańczyk. Jeśli nie jesteś stamtąd, nie jesteś swój, to nie jest miejsce dla ciebie. My byliśmy w takim miejscu. 15 minut kluczenia między uliczkami mediny, zanim docieraliśmy do bardziej zatłoczonych miejsc pełnych turystów, wymagało od nas więcej skupienia i siły, niż cała reszta dnia.

Dlatego nie zapuszczaj się w podejrzane uliczki. I nigdy, przenigdy nie idź za mężczyzną, który próbuje wymusić na tobie prowadzenie na miejsce, którego szukasz. Bo jest to po prostu niebezpieczne.

Czym może się to skończyć?

W najlepszym wypadku „przewodnik” rzeczywiście doprowadzi cię na miejsce i zażąda pieniędzy. Sporej kwoty. Albo mu zapłacisz i stracisz pieniądze, albo się nawściekasz, wykłócisz i stracisz nerwy. 

Gorszy scenariusz to zaprowadzenie w zupełnie inne miejsce niż to, którego szukasz, zastraszenie i obrabowanie ze wszystkiego cennego, co masz przy sobie. To nie są historie wyssane z palca. Mi osobiście przytrafił się scenariusz nr 1 w Fezie. Scenariusz nr 2 usłyszałam od dwóch osób. Jedna z moich instagramowych koleżanek opowiada tak:

Było nas pięcioro. Otoczyli nas w ośmiu. Niektórzy trzymali ręce w kieszeniach. Nie wiedziałam, co mają w tych kieszeniach, może noże. Myślałam, że to koniec, że nas tam pozabijają. Wyciągnęli nam z kieszeni wszystkie pieniądze. Nie było tego dużo, bo to był nasz ostatni dzień w Marrakeszu. Byli wściekli, że mamy tak mało przy sobie. Mieli tyle zła w oczach. Gdy oglądam twoje stories z mediny, czuję w ustach ten smak strachu. To jak zespół stresu pourazowego. Wszystko mi się przypomina.

Dlatego uważaj. Ucz się na błędach innych. Nie zgadzaj się na żadnego szemranego „przewodnika”. Nie słuchaj krzyków za sobą.

magnesy marrakesz

Nie brzmi to wszystko zbyt zachęcająco. Pamiętaj jednak, że to nie cała rzeczywistość. To jej fragment, o którym warto wiedzieć. To brak świadomości i zaskoczenie tym wszystkim, co Marrakesz „oferuje” w pakiecie z magicznymi zachodami słońca i energią wąskich uliczek sprawiają, że ludzie zrażają się do Czerwonego Miasta.

Być może zastanawiasz się teraz, czy Maroko jest bezpieczne dla turystów. Jest bezpieczne. Jest intensywne i bardzo inne od Europy, choć niby tak bliskie, ale bezpieczne. Chcesz dowiedzieć się więcej? Przeczytaj mój poradnik:

👉 [LINK: Czy Maroko jest bezpieczne dla turystów?]

Wpis jest przydatny? Lubisz mojego bloga? Możesz postawić mi wirtualną kawę, już od 8 zł, jednorazowo. Dzięki temu pokazujesz mi, że warto rozwijać to miejsce i pomagasz pisać więcej. Dziękuję!

wirtualna kawa